rr-odkowa
Blog > Komentarze do wpisu

"Trzech panów w łódce (nie licząc psa)" - Jerome K. Jerome

 

Już dawno nie bawiłam się tak świetnie przy żadnej książce. "Trzech panów w łódce (nie licząc psa)" to lektura naprawdę przezabawna. Opowiada, jak zresztą tytuł wskazuje, o wyprawie trójki przyjaciół (i psa Montmorenc`ego) w dół Tamizy - z Kingston do Londynu. Ale opis wyprawy to jedno, a liczne dygresje to drugie. I obie są równie genialne. 

Pomysł wyprawy rodzi się dość spontanicznie. Panowie utyskują na przeróżne, wyimaginowane, dolegliwości. Jeden z nich po wnikliwej analizie jakiegoś leksykonu medycznego dochodzi nawet do wniosku, że cierpi na wszystkie wymienione choroby za wyjątkiem puchliny kolan, gdyż ta choroba dotyka głównie służące, "jesli za dużo klęczą". W celu podreperowania zdrowia postanawiają zorganizować sobie wycieczkę. Okazuje się jednak, że planowanie wycieczki wcale takim prostym zabiegiem nie jest. Trzeba przecież zapakować tylko to co najpotrzebniejsze, a jednocześnie o niczym nie zapomnieć, zaplanować trasę i noclegi. W końcu udaje się wyruszyć, co prawda z kilkugodzinnym opóźnieniem, ale jednak. Panowie są kompletnie niezdyscyplinowani - momentami do złudzenia przypominają Mikołajka i jego przyjaciół, którzy to wszystkie spory załawiali małą bójką. Ci natomiast ciągle się spierają i kłócą. Aczkolwiek te spory i swady są zupełnie niegroźne. Ot, dorośli mali chłopcy.

Świetnie bawiłam się przy lekturze tej książki. Poczucie humoru i styl w jakim została napisana nie mają sobie równych - tu wielki ukłon dla autora. Skończyło się na tym, że książka przestała jeździć ze mną do pracy, bo głupio tak śmiać się do siebie o 7.00 rano w autobusie, w ktorym towarzystwo nijak nie podziela mojego poczucia humoru. Nie mogę się powstrzymać, żeby nie przytoczyć tu kilka świetnych fragmentów, które być może zachęcą kogoś do lektury.

"Wówczas pomyśleliśmy o kolacji (….), ale Jerzy zaprotestował: — (…)  Po pracy — mówił — zasiądziemy do kolacji z czystym sumieniem i swobodną głową. Nikomu z nas nawet się nie śniło, że rozpięcie płachty może wymagać tyle zachodu. W teorii wyglądało to niezwykle prosto. Bierze się pięć żelaznych kabłąków, podobnych do bramek używanych przy grze w krokieta, tylko znacznie większych, umocowuje się te kabłąki nad łodzią, potem rozpościera się na nich płótno i przywiązuje na dole. Trwa to wszystko dziesięć minut. Tak nam się zdawało. Nie doceniliśmy zadania, jakie stało przed nami. Podnieśliśmy żelazne pałąki i usiłowaliśmy wepchnąć ich końce w gniazda służące do tego celu. Trudno uwierzyć, że jest to praca niebezpieczna, a jednak gdy dziś spoglądam wstecz, dziw mnie bierze, że ktoś spośród nas uszedł z życiem i może dać świadectwo prawdzie. Bo nie pałąki to były, lecz szatany. Najpierw w ogóle nie chciały wleźć do swoich gniazdek i musieliśmy rzucać się na nie, kopać i tłuc je bosakiem. A kiedy wlazły, wyszło na jaw, że się wpakowały w nie swoje gniazda i muszą się stamtąd wynosić. Ale nie chciały wyłazić i dopiero kiedy my dwaj wzięliśmy się do nich, po pięciominutowej walce nagle wyskoczyły i rzuciły się na nas — chciały nas wrzucić do wody i utopić...."

"Spróbowaliśmy wody z rzeki kiedy indziej i nie ma czym się chwalić. (…) Skręciliśmy w odnogę, aby zjeść podwieczorek pod Windsorem. Dzban był pusty i mieliśmy do wyboru: nie pić herbaty lub zaczerpnąć wody z rzeki. Harris radził zaryzykować. Nic nam nie będzie, jeśli wodę się przegotuje. Zapewniał, że wrzątek zabije wszelkie szkodliwe mikroby. Napełniliśmy więc kociołek wodą z odnogi Tamizy i zagotowaliśmy, pilnie bacząc przy tym, by woda zakipiała. Zaparzyliśmy herbatę i już rozsiedliśmy się wygodnie do podwieczorku, gdy Jerzy, z filiżanką w pół drogi do ust, nagle zatrzymał się i zawołał: — A to co? — Jakie „to”? — zapytał Harris i ja. — No, to! — odparł Jerzy patrząc na zachód. Harris i ja spojrzeliśmy w tym kierunku i zobaczyliśmy unoszonego przez leniwy nurt w naszą stronę — psa. Był to chyba najbardziej spokojny i potulny kundel, jakiego widziałem w swym życiu. Nigdy nie spotkałem psa, który by wyglądał na bardziej zadowolonego i wolnego od trosk. Rozmarzony, płynął na grzbiecie, a wszystkie cztery nogi zadarł w górę, prosto jak strzelił. Był wypasiony i miał dobrze rozwiniętą klatkę piersiową. Zbliżał się tedy ku nam, pogodny, pełen spokoju i dostojeństwa. Gdy zrównał się z naszą łódką, zawinął do przystani w sitowiu i wygodnie ułożył się na spoczynek. Jerzy powiedział, że nie będzie pił herbaty, i wylał ją do wody. Harris, któremu też nie chciało się pić, poszedł za jego przykładem. Ja wychyliłem pół filiżanki, lecz pożałowałem. Zapytałem Jerzego, czy uważa, że mogę dostać tyfusu. — Ale skąd! — odparł. — Na pewno się wymigasz. A zresztą, co tu dużo mówić, za jakieś dwa tygodnie dowiesz się, czy wóz, czy przewóz."

"Zauważyliśmy, że Harris ma nad wyraz smętną minę. Robił wrażenie człowieka, który wiele przeszedł. Zapytaliśmy go, czy coś się stało. — Łabędzie! — powiedział. Widocznie przycumowaliśmy łódź do brzegu tuż przy gnieździe łabędzi, bo w chwilę po naszym odejściu łabędzica wróciła do domu i zrobiła Harrisowi awanturę. Wyrzucił ją za drzwi. Poszła i po chwili wróciła z mężem. Harris zapewniał, że musiał stoczyć regularną bitwę z obojgiem małżonków. Ostatecznie męstwo i zręczność przeważyły szalę zwycięstwa — Harris zmusił łabędzie do odwrotu. W pół godziny później wróciły z osiemnastu przyjaciółmi! Rozgorzała straszliwa bitwa — tak przynajmniej wynikało z jego trochę niejasnej relacji. Łabędzie chciały wyciągnąć Harrisa i Montmorency'ego z łódki i utopić. Harris przez cztery godziny bohatersko się bronił. Wytłukł je do nogi, odpłynęły w dal i tam pozdychały."

czwartek, 05 marca 2009, rr-odkowa

Polecane wpisy

  • PRZENOSINY !!

    Znalazłam dla mojego bloga inne miejsce. Zapraszam już teraz, choć przenosiny pewnie chwilę potrwają. Nowy adres: ksiazkowodolne.blogspot.com

  • Czytelnicze różności

    Długo nie pisałam, ale żadna z ostatnio przeczytanych książek nie wzbudziła we mnie głębszych uczuć i potrzeby napisania o niej. Czytałam, ku własnemu zdziwieni

  • [*] [*] [*]

    Wciąż nie mogę uwierzyć .......

Komentarze
2009/03/05 17:38:01
Witaj RR-odkowo :)
Ja się też dobrze bawiłam przy tej książce ;)
Pozdrawiam!
O.
-
vmr
2009/03/06 00:19:12
Poczucie humoru naprawdę jest specyficzne i chyba nie dla każdego. Ja się świetnie przy "panach" bawiłam. :)
-
peek-a-boo
2009/03/06 23:12:29
Panowie sa przesympatyczni, choc mnie miejscami ciut nudzili. Ale ogolnie mają u mnie sporego plusa;).
-
lilithin
2009/03/07 14:02:26
Ja się czuję zachęcona :)
-
rr-odkowa
2009/03/07 15:42:07
Witaj obiezy_swiatko. Lubię do Ciebie zaglądać, choć ostatnio trochę się zaniedbałam ... ale nadrobię ... obiecuję :)
Vmr, ja też myślę, że nie każdemu może się spodobać takie poczucie humoru. Mi się podobało ... bardzo :)
peek-a-boo, a czytałaś może inne książki tego autora? Słyszałam, że są dużo gorsze.
Lilithin, czuję się trochę odpowiedzialna za Twój stan zachęcenia ;)
Pozdrawiam.
-
peek-a-boo
2009/03/07 17:56:31
RR: nie, nic wiecej jego nie czytałam, więc nie jestem w stanie potwierdzic ani obalic tej tezy;)
-
2009/03/07 18:02:46
:)
O.
-
2009/03/07 20:29:51
Przypomniałaś mi ten tytuł, dziękuję:-) Będzie to idealna książka na prezent, a potem chytrze sama pożyczę od obdarowanego:)
-
2009/03/08 18:24:13
rewelacyjna książka, jedna z moich ulubionych i chyba jedna z najlepszych, jaką znam;))
-
lilithin
2009/03/12 14:24:36
Donoszę, że zamówiłam książkę w oryginale, będzie u mnie w przyszłym tygodniu :) Straty w portfelu niewielkie, więc radość tym większa ;)
-
2009/05/04 19:46:08
Dorwałam właśnie "Trzech panów w Niemczech (tym razem bez psa)", przeczytałam zaledwie 47 stron i mam zajady od śmiechu :) dzięki za inspiracje
-
2009/08/19 16:20:13
Kiedyś zaczęłam ją czytać i po kilku kartkach rzuciłam w kąt. Wszyscy się zachwycają, a mnie nie rozbawiła. Może dziwna jestem :)
Spis moli