O autorze
Ostatnie notki
Zakładki:
Aktualnie czytane
Napisz do mnie
Przeczytane w 2009 roku
Przeczytane w 2008 roku
Szablon bloga wybrany z katalogu
Tu zaglądam
Ulubione blogi książkowe
Ulubione blogi różne
|
czwartek, 15 października 2009
Pamiętam, że całkiem niedawno pisałam o tym, jakie mam szczęście do lektur. Każda czytana przeze mnie książka okazuje się strzałem w przysłowiową dychę. Wiedziałam, że los się musi odwrócić i tak się stało. Ostatnio trafiłam na kilka książek, które delikatnie mówiąc - nie zachwyciły.
1. "Niewidzialne miasto" - Emili Rosales.
2. "Kobieta w wynajętych pokojach" - Katarzyna T. Nowak.
3. "Umiłowana" - Toni Morrison.
niedziela, 11 października 2009
Będzie to wpis o tym jak zostałam fanką Michala Viewegha. Poszukuję, póki co bezskutecznie, jego książek w bibliotekach, ale po przeczytaniu "Wychowania dziewcząt w Czechach" i ostatnio "Sprawy niewiernej Klary" czuję, że ten autor zwyczajnie mi pasuje. Lekkie, współczesne pióro, erudycja, sporo ironii i męskie spojrzenie na świat daje mieszankę, która do mnie przemawia. "Sprawa niewiernej Klary" to powieść, która łączy w sobie wątki sensacyjne, romansowe i obyczajowe i wciąga niemalże od pierwszej strony. Do jednej z praskich agencji detektywistycznych, która specjalizuje się w śledzeniu niewiernych małżonków zgłasza się pewien bardzo znany pisarz. Pierwsze spotkanie odbywa się pod hasłem: "potrzebuję informacji do nowej książki". Oczywiście to tylko pretekst, gdyż tak naprawdę Norbert Czerny ma podejrzenia iż jego młoda dziewczyna nie jest mu do końca wierna. Właściciel agencji - Denis Pravda przyjmuje zlecenie. Tak w skrócie rozpoczyna się ta książka. Dalej jest już tylko lepiej. Klara jest śledzona, Denis Pravda, za namową żony (!!!!) wdaje się w romans z koleżanką z pracy (ot, taka męska fantazja autora!!), a Norbert Czerny szaleje z niepokoju i zazdrości. W pewnym momencie akcja przenosi się nawet na inny kontynent (do Chin z postojem w Helsinkach), ale podejrzewam, że nawet gdyby miała rozgrywać się na jednej tylko praskiej ulicy, byłoby równie ciekawie i wciągająco. Sporo w tej książce erotyki i męskich fantazji, ale absolutnie mnie to nie raziło. W końcu historia wymyślona przez autora wymagała nieco "pieprzu" i frywolności, a całość czyta się naprawdę świetnie. "Sprawa niewiernej Klary" wydaje się być idealnym, niemalże gotowym materiałem na scenariusz filmowy. Podczas lektury sceny, niczym z filmu, same pchają się do głowy. Tak więc z czystym sumieniem i pełnym przekonaniem kolejna "piątka" dla Michala Viewegha.
czwartek, 01 października 2009
Któregoś dnia, w drodze "do" i "z pracy", przeczytałam przecudną książeczkę "O bibliotece". Jest ona lekturą obowiązkową wszystkich tych którzy lubią czytać książki o książkach :-) Książeczka ma niecałe 50 stron i jest bardzo w stylu Eco ;-). Podziwiam jego wielką erudycyję, lubię to inteligentne i trochę złośliwe poczucie humoru i ciągle obiecuję sobie, że znowu przeczytam "Imię róży". "O bibliotece" to dość specyficzny przewodnik między magicznymi regałami pełnymi książek. Cudowne są ulubione biblioteki autora. Jedna znajduje się w Toronto, druga w Yale. Obie otwarte są do północy (!!!), świetne (choć różne) katalogi i w obu czytelnik może krążyć między półkami.O ileż przyjemniejsze jest wypożyczanie książek, gdy samemu można buszować między regałami i szukać czegoś wyjątkowego. W Toronto można wybrać sobie książkę i udać się do sali, w której wygodne fotele zachęcają do zagłębienia się w lekturze. Natomiast w bibliotece w Yale czytelnik sam zapala sobie światło między regałami wśród których "bardzo łatwo można na przykład popełnić morderstwo i ukryć trupa pod półkami z atlasami geograficznymi, a odnaleziony zostanie po upływie całych dziesięcioleci..." (str. 25). Momentami książka Eco przypomina poradnik dla różnej maści złoczyńców. Podpowiada jak najłatwiej skopiować całą pozycję, gdzie najłatwiej ją ukraść. No i na koniec fragment, który szczególnie mnie rozbawił, czyli jak powinna wyglądać prawdziwa biblioteka "z piekła rodem". Eco wymienia kilka cech takiej biblioteki, z których kilka (no wypisz - wymaluj) do złudzenia przypominają moją akademicką czytelnię. Mam nadzieję, że teraz wygląda ona trochę lepiej, ale kiedyś było tak: "A. Katalogi winny zawierać jak najwięcej działów; trzeba bardzo pieczołowicie oddzielić katalog książek od katalogu czasopism, a oba od katalogu rzeczowego, jak również książki ostatnio nabyte od książek nabytych dawniej. Jeśli to tylko możliwe, ortografia w obu tych katalogach (nabytków nowych i dawnych) winna być odmienna [...] C. Sygnatury winny być niemożliwe do przepisania, w miarę możliwości rozbudowane, aby ten, kto wypełnia rewers, nie miał nigdy dość miejsca na wpisanie ostatnich symboli i uznał je za nieważne, a dzięki temu obsługujący mógł zwrócic rewers z żądaniem uzupełnienia. D. Czas między zamówieniem a dostarczeniem książki winien być bardzo długi.[...] G. W miarę możliwości winno nie być w ogóle ani jednej fotokopiarki; jeśli jednak jakaś już się znajdzie, dostęp do niej winien być bardzo czasochłonny i kłopotliwy, cena wyższa niż na mieście, limity kopii bardzo niskie, nieprzewyższające dwóch albo trzech stroniczek. H. Bibliotekarz winien uważać czytelnika za wroga, nieroba (w przeciwnym razie byłby przecież w pracy), za potencjalnego złodzieja.[...] J. Dział informacji winien być nieosiągalny. K. Należy zniechęcać do wypożyczania. L. Wypożyczenia międzybiblioteczne winny być niemożliwe, a w każdym razie trwać całymi miesiącami. Najlepiej jednak zagwarantować sobie niemożliwość zapoznania się ze stanem posiadania innych bibliotek. [...] N. Winno być całkowicie niemożliwe zjedzenie czegokolowiek w obrębie biblioteki i w żadnym razie nie powinno być mowy o posilaniu się poza biblioteką bez odłożenia wszystkich książek, z których się korzysta, tak by po wypiciu kawy trzeba było zamówić je od nowa. O. Niemożliwe winno być odzyskanie czytanej książki następnego dnia. P. Niemożliwe winno być uzyskanie informacji, kto pożyczył brakującą książkę. [...]" ;-) Jednym słowem .... POLECAM!!!!!
poniedziałek, 07 września 2009
Moja Szanowna Firma wysłała mnie na szkolenie BHP. Wiadomo jak takie szkolenia wyglądają. Człowiek się nudzi, odpowiedzi do testów zostają podane przez kogoś z tyłu (...lub z przodu) zanim jeszcze dostanie się do ręki test i Pan lub Pani opowiadająca o agrożeniach w fabryce lub przy pracy na wysokości. A ja ani w fabryce, ani na wysokościach. Może czasami w chmurach ;-) Żeby to szkolenie nie było takie do końca bezproduktywne i frustrujące wzięłam do torebki niewielką książeczkę pt: "Wychowanie dziewcząt w Czechach" (Michal Viewegh). Był to strzał w przysłowiową dychę. Lekka, sarkastyczna ale bardzo inteligentna proza i bardzo czeska. To trochę enigmatyczne stwierdzenie, ale pamiętam, że czytając "Śmierć pięknych saren" O. Pavla miałam podobne odczucia. Tak jakby duch Haška był ciągle obecny w literaturze naszych sąsiadów. Ale wracając do książki. "Wychowanie dziewcząt w Czechach" opowiada o młodym nauczycielu języka czeskiego, który zostaje wynajęty przez lokalnego mafiosa. Mafioso oczekuje, że prywatne lekcje twórczego pisania pozwolą jego starszej córce Beacie wyjść z depresji. Początki nie są obiecujące. Dziewczyna całe dnie spędza głownie w swoim łożku, leżąc i milcząc. Żadne zaczepki i prowokacje nauczyciela nie są w stanie wyrwać jej z marazmu i niebytu. Spotkanie wyglądają podobnie i wydają się nie przynosić żadnych zmian. Mimo to mafioso jest zadowolony, chwali korepetytora mówiąc, że świetnie mu idzie. I oto nagle następuje przełom. Beata wstaje z łóżka i zaczyna remontować pokój. Co wyniknie z tej nagłej przemiany przeczytacie w książce., ale będzie się działo i to dużo. Wątek romansowy, choć ciekawy, nie jest jedyny. Sarkastycznie i z dystansem przedstawione zostaje współczesne czeskie szkolnictwo, w którym rządzą układy, i które uzależnione jest od władz lokalnych. To co mnie osobiście najbardziej zafascynowało w tej mini-powieści to jej forma i styl. Świetny język sprawia, że książkę czyta się błyskawicznie, a mnogość cytatów i odwołań zachęca do odbycia kolejnych literackich podróży. Dla mnie to książka "na piątkę".
wtorek, 25 sierpnia 2009
Moich wakacyjnych lektur ciąg dalszy. Jednak tym razem, w przeciwieństwie do poprzedniego wpisu, chciałam napisać parę słów o książce, która spodobała mi się (co rzadko mi się zdarza) od pierwszej strony i pomimo niewielkich rozmiarów bardzo zapadła mi w pamięć. Czytałam ją w drodze "do" i "z pracy", ale tak naprawdę jest to opowieść na jeden wieczór. Tą książką jest "Ból kamieni" Mileny Agus. Autorka opisuje losy swojej babci, która jak na "tamte" (wojenne i powojenne) czasy była uznawana za ekscentryczkę gdyż w wieku trzydziestu lat ciągle czekała na wielką miłość ".... i szła do kościoła zapytać Boga, dlaczego, dlaczego jest tak niesprawiedliwy i nie pozwala jej poznać miłości, która jest najpiękniejszą rzeczą, jedyną, dla której warto żyć w świecie, w którym wstajesz o czwartej rano, żeby zająć się domem, potem idziesz pracować na polu, potem do najnudniejszej pod słońcem szkoły haftu, potem idziesz z dzbanem na głowie do fontanny, nabrać wody do picia, potem raz na dziesięć dni nie śpisz całą noc, żeby upiec chleb, a potem musisz wyciągnąć wodę ze studni i nakarmić kury. Więc jeśli Bóg nie chce, żeby poznała miłość, niech lepiej ją zabije, wszystko jedno jak." W końcu, pod presją rodziny wychodzi za mąż za mężczyznę dużo od siebie starszego, który w czasie wojny stracił rodzinę i cały dobytek. Rodzice przyjęli go pod swój dach, a już wkrótce odbył się ślub. Dziwne to było małżeństwo. Nie rozmawiali ze sobą, spali w jednym łóżku, ale jak najdalej od siebie, a dziadek regularnie odwiedzał domy publiczne. A jednocześnie bardzo dbał o swoją żonę i nie pozwalał jej ciężko pracować. Babcia nie mogła utrzymać żadnej ciąży z powodu kamieni nerkowych więc rodzina postanowiła wysłać ją do uzdrowiska na kurację termalną. Tam babcia poznała Weterana, mężczyznę, w którym zakochała się bez pamięci. Rozmawiali całymi dniami, Weteran opowiadał jej o swojej wielkiej pasji - grze na fortepianie, czytał jej na głos gazety, a babci czuła, że jest najszczęśliwszą kobietą na ziemi. Po powrocie z uzdrowiska jej stan znacznie się poprawił, a po kilku miesiącach urodziła syna. Chłopiec, już małe dziecko przejawiał ....upppssss... duży talent muzyczny. Co było dalej nie zdradzę. Oczarowała mnie ta niewielka książeczka. Autorka pisze z niebywałą lekkością i optymistycznym patrzeniem na świat. Coraz bardziej przekonuję się, że taka południowa literatura wyjątkowo mi odpowiada. Lubię ten niespieszny rytm powieści, specyficzne opisywanie rzeczywstości i całą tą południową aurę - słońce, morska bryza oraz smaki i zapachy, którę mogę sobie tylko wyobrażać. Generalnie polecam i to bardzo :-)
czwartek, 13 sierpnia 2009
Pierwsza z przeczytanych książek, mimo że nominowana do Nagrody Bookera, nie należy od moich Hitów Lata. Jest to powieść Sarah Waters "Pod osłoną nocy". Akcja toczy się w wojennym i powojennym Londynie. 3 kobiety: Kay, Helen i Viv, oraz brat Viv - Duncan próbują ułożyć sobie życie w powojennej rzeczywistości. Każda z tych postaci wiedzie dosyć kontrowersyjne życie. Kay, w czasie wojny była kierowcą ambulansu, spotykała się z Helen, a Viv wdała się w romans z żonatym żołnierzem. Duncan natomiast odbywał karę więzenia za to, że unikał wstąpienia do wojska. Książka rozpoczyna się w 1947 roku. Viv i Helen pracują w biurze matrymonialnym. Viv nadal spotyka się potajemnie z Reggiem, a Duncan, mimo iż przed wojną miał dużo wyższe aspiracje, teraz pracuje w fabryce i "mieszka" z byłym emerytowanym pracownikiem więzienia, panem Mundy`m. Losy tej czwórki przeplatają się i łączą o czym dowiadujemy się stopniowo, bowiem akcja powieści cofa się w czasie aż do początku wojny i odsłania coraz więcej zagadek. Szczerze mówiąc ta książka specjalnie mnie nie zachwyciła. Ot, taka zwyczajna. Przeciętnie wciągająca, przeciętnie interesująca. Najbardziej zainteresował mnie wątek obrączki, którą Viv dostała od Kay. Chciałam wiedzieć gdzie i dlaczego, skoro nic ich nie łączyło. Doceniam natomiast inne walory tej książki. Odejście o stereotypów i schematów pisania o wojnie. Pisanie o życiu codziennym w czasie wojny bez patosu i martyrologii. Mamy tu więc żołnierza zdradzającego żonę, kobiety kochające kobiety, chłopaka, który ucieka przed wojskiem. Bohaterowie szukają miłości i chwil radości w tych trudnych wojennych czasach i żyją z dnia na dzień. Wcześniej nie czytałam nic Sarah Waters, nie wiem czy wątek mniejszości seksualnych pojawia się także w innych jej książkach. W tej było to dosyć interesujące. Myślę też, że tę książkę można potraktować jako swoisty portret kobiety. Nie ma tu co prawda najbardziej typowej kobiety - żony i matki, ale są inne oblicza kobiecości, równie interesujące i prawdziwe. Natomiast nie jestem do końca przekonana do ogólnego ułożenia powieści. Autorka podzieliła ją na 3 części, i w każdej cofa się o kilka lat. W efekcie momentami miałam wrażenie, że czytam powieść od końca. Było to dosyć ciekawe doświadczenie..... byle nie za często ;-). Podsumowując. Mimo iż "Pod osłoną nocy" nie zachwyciła mnie, z pewnością poszukam innej książki Sarah Waters, żeby zobaczyć czy ją polubię czy raczej nie. Jednym słowem, dam jej jeszcze jedną szansę :-)
czwartek, 23 lipca 2009
Zamiast wylegiwać się na słoneczku w jakimś uroczym miejscu wymyśliłam sobie remont. Konkretnie malowanie. Miało być szybko i bez komplikacji .... wyszło jak zawsze ;-/. Na szczęście są też bardzo namacalne plusy pozostania w domu. Oto one:
większość po 1 PLN. O ile dobrze pamiętam, tylko Jodi Picoult kosztowała mnie 2 PLN. Ogromnie cieszę się z upolowania "The Gathering", "Like Water for Chocolate" ("Przepiórki w płatkach róży"), "The Lost Dog" oraz "The Vanishing Act of Esme Lennox", ale reszta też niczego sobie. Tylko kiedy ja znajdę czas to przeczytanie tych wszystkich książek??? Przydałby mi się kolejny urlop :-)
czwartek, 09 lipca 2009
Długo zastanawiałam się co o niej napisać. I myślę, że "Droga" to jedna z najważniejszych książek w moim życiu. Tak jak kilka miesięcy temu zachwycałam się "Odkryciem nieba" tak teraz chylę czoła przed tą książką, a ściślej przed autorem. Nie napiszę, że mi się podobała, bo pisanie o "podobaniu" w kontekście tej książki jest co najmniej nie na miejscu. Myślę, że będę ją pamiętać przez długie lata, bo ona nie da o sobie zapomnieć. Jest to opowieść o ojcu i jego małym synu, którzy podążają w nieznane. Kierują się na południe licząc, że tam będzie choć trochę lepiej i cieplej. Nasz świat nie istnieje. Został zniszczony przez (prawdopodobnie) wybuch nuklearny. Na Ziemi nic nie rośnie, nie ma jedzenia, świeżej wody, a wszystko spowiła gruba warstwa pyłu, który unosi się w powietrzu i zasłania niebo. Zmienił się klimat, jest znacznie zimniej niż bywało wcześniej i pada deszcz. Ale to nie zmieniająca się aura jest ich największym wrogiem. Bohaterowie najbardziej obawiają się ludzi. Bo ludzie, którym udało się przeżyć, w większości są źli. Kierowani najniższymi instynktami są gotowi zabić dla odrobiny jedzenia lub kawałka ubrania, szerzy się kanibalizm. Mimo to ojciec i syn idą drogą. Pchają wózek, na którym jest cały ich dobytek. Są wiecznie głodni, zmarznięci i przemoczeni, ale idą, bo być może gdzieś tam, na południu ........... Co jest największym atutem tej książki? Dla mnie język - prosty w formie a zarazem doskonały w przekazie. Okazuje się, że krótkimi, prostymi zdaniami można oddać wszystko co najważniejsze (miłość do syna, determinację w walce o przetrwanie, radość ze znalezionego jedzenia i lęk przed mogącymi nadejść ludźmi) i ten język momentami brzmi jak poezja. Uproszczony i bez ozdobników, współgra doskonale z treścią książki. Bez wątpienia jest to jedna z najbardziej przemujących książek jakie kiedykolwiek przeczytałam. Pozwala spojrzeć na świat wokół nas i pomyśleć "what a wonderful world" :-)
niedziela, 21 czerwca 2009
Wróciłam do starej "skórki". W poprzedniej było mi jakoś za ciasno ;-) Ta mi jakoś pasuje, tyle, że gdy otwieram stronę przez Firefox "Książkowo" nachodzi na kwiatki, a gdy użyję IE to napis "Książkowo Dolne" jest dużo mniejszy niż w Mozilli i bardzo odsunięty od tych kwiatków. Dziwne to i wkurzające, ale póki co nie potrafię nic z tym zrobić. No trudno.
Najpierw umiera ojciec. Umiera podczas pracy w ogrodzie, którym ze względu na chore serce nie może się zajmować, i który postanawia zalać betonem. Mówi: "Tak będzie schludniej [..] Nie mam sił, by dbać o ogród [...] A dzięki betonowej nawierzchni na dworze matce będzie łatwiej utrzymać w czystości podłogi w domu". Później umiera matka. Od tygodni chorowała i nie wstawała z łóżka, a któregoś dnia po prostu nie obudziła się. Dzieci zostają same. Boją się, że gdy ktoś dowie się o śmierci matki, one trafią do sierocińca. Dwoje najstarszych Jack i Julia postanawiają pochować matkę w skrzyni w piwnicy, używając do tego cementu, którego nie zdążył zużyć ojciec. Ale nie to jest w tej książce najstraszniejsze. Przerażające jest to, w jaki sposób ta czwórka, zamknięta w enklawie własnego domu, próbuje normalnie żyć, udawać przed sobą, że nic się nie stało. Każde nich inaczej reaguje, czy może raczej odreagowuje tę nienormalną sytuację. Julia ciągle opala się w ogrodzie, Jack nie myje się, nie zmienia ubrania, śpi i onanizuje się, Sue pisze listy do zmarłej matki i odczytuje je przy skrzyni w piwnicy, a najmłodszy Tom przebiera się w sukienki i nosi perukę. Aż ciarki przechodziły mi po plecach podczas lektury. Tytułowy betonowy ogród to nie tylko szalony pomysł ojca, ale częściowo także nawiązanie do kondycji psychicznej tej rodziny. Ian McEwan po tej książce zyskał sławę makabrysty. Nie dziwię się. Książka jest przerażająca i psychicznie wyczerpująca. Dramatyzm potęgowany jest przez język - prosty, lakoniczny. Im krótsze i prostsze zdania tym większy efekt. Podumowując - Obiecałam sobie, że zanim znowu spróbuję zmierzyć się z McEwanem musi upłynąć trochę czasu. Póki co potrzebuję trochę lżejszej i pogodniejszej lektury. Mam nadzieję, że "Bambino" Ingi Iwasiów takie właśnie jest. Moja ocena:
sobota, 20 czerwca 2009
Eric - Emmanuel Schmitt należy do tych pisarzy, których lubię i cenię, a mimo to nie czekam z utęsknieniem na kolejne książki. Zawsze w końcu przychodzi ten moment, kiedy mam ochotę przeczytać coś E.-E. Schmitta i nie pamiętam, żebym kiedykolwiek rozczarowała się jego książką. Tak było i tym razem. "Kiedy byłem dziełem sztuki" to niebywale oryginalna powieść z morałem. Jest to historia młodego chłopaka przeświadczonego o własnej nijakości, marności i ogarniętego "misją samozagłady". Poznajemy go w momencie gdy postanawia, po raz kolejny, popełnić samobójstwo. Stoi nad przepaścią i, choć brzmi to nieprawdopodobnie, napawa się szczęściem, że oto za chwilę jego udręki się skończą, gdy nagle słyszy słowa "Proszę dać mi dwadzieścia cztery godziny". I tak oto bohater zawiera pakt z Zeusem Peterem Lamą - Artystą. Zeus przejumuje kontrolę nad życiem niedoszłego samobójcy, postanawia przemienić go (przy pomocy licznych operacji plastycznych) w podziwiane dzieło sztuki i nadaje mu nowe imię Adam bis. Tak oto zakompleksiony, nieszczęśliwy chłopak staje się niesamowicie oryginalną, pożądaną i wzbudzającą powszechne zainteresowanie żywą rzeźbą. Goście Zeusa zachwycają się tą dziwaczną rzeźbą, a kobiety zakradają się do jego sypialni. Dostaje to o czym marzył przez całe życie lub wydawało mu się, że marzy. Czy ta metamorfoza przyniesie mu prawdziwe szczęście? Wszystkie książki Schmitta, które przeczytałam zawierały jakieś przesłanie i morał. Tak jest i tutaj. "Kiedy byłem dziełem sztuki" to opowieść o tym jak czasami trudno jest nam siebie zaakceptować i przestać porównywać z innymi. Główny bohater całe życie czuł się gorszy i mniej kochany od swoich, robiących medialną karierę, braci. Przypomina mi to "ból dojrzewania" i kompleksy większości nastolatków, którzy czują się brzydsi, mniej "cool" od swoich rówieśników. Dla mnie główny bohater to taki zakompleksiony nastolatek, któremu wydaje się, że jest do niczego. Na szczęście przeważająca większość młodych ludzi nie musi posuwać się tak daleko, żeby dostrzec swoją wartość i pogodzić ze samym sobą. Moja ocena:
PS. Sprawy służbowe w większości zakończone, masa książek czeka na recenzję. Blogu witaj !!!!!!!! :-) | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||