rr-odkowa
RSS
środa, 30 grudnia 2009

Moja Ulubiona Firma zafundowała mi przymusowe wolne do 4 stycznia :-/ więc w ciągu dnia biegam na spacery z psami, a wieczorami czytam, a przynajmniej czytam dużo więcej niż normalnie. I taki stan rzeczy baaaardzo mi odpowiada :-)

1."Dżuma w Breslau" - Marek Krajewski

Przed godziną zakończyłam drugie spotkanie z Eberhardem Mockiem, bohaterem powieści kryminalnych Marka Krajewskiego. Kilka tygodni temu przeczytałam "Widma w mieście Breslau", a ostatnio "Dżumę w Breslau".

Pamiętam, że gdy Marek Krajewski otrzymał Paszport Polityki trochę się dziwiłam, że oto autor kryminałów został tak doceniony. Teraz, po lekturze dwóch jego książek, dziwię się trochę mniej, a szczerze mówiąc nie dziwię się wcale. Bo te powieści, to nie tylko pasjonujące, wielowątkowe intrygi kryminalne, ale także bohaterowie z krwi i kości - ze swoimi zaletami i wadami. Mock to tak niejednoznaczna postać, momentami agresywny i zapijaczony, momentami niemalże ckliwy i delikatny, miłośnik literatury klasycznej i filozofii. Nie sposób go zapomnieć albo pomylić z innym bohaterem. Bardzo interesujący jest także obraz przedwojennego Wrocławia. Wyobrażam sobie, że czytelnicy znający dobrze miasto mają ciekawy quiz topograficzny i mogą bawić się w umieszczanie akcji w konkretnych miejscach.

Na półce czeka już "Koniec świata w Breslau" :-).

2. "W ogrodzie Mirandy" - Katarzyna Krenz

Nie będę oszukiwać, że dużo obiecywałam sobie po tej książce. Bardzo ciekawy opis z tyłu, piękne zdjęcie na okładce, świetny początek:

Ona: "- Jestem w ciąży. [.....]
On: "- To brak profesjonalizmu."

A potem było tak sobie.
"Miranda - 28 -letnia prawniczka poświęca się bez reszty pracy w prestiżowej warszawskiej kancelarii. Podporządkowane karierze życie bohaterki nagle się zmienia, gdy odkrywa, że jest w ciąży. Ojciec dziecka nie jest zainteresowany nową rolą. Miranda wyjeżdża służbowo do Anglii, z powodu swojej niedyspozycji nie stawia się jednak na ważnym spoktaniu i zostaje zwolniona. I tu chciałoby się powiedzieć: na szczęście. Bo mimo, że podejmuje pracę sprzątaczki na uniwersytecie w Cambridge, mimo samotności i zagubienia, jej życie nabiera kształtu, o którym decyduje wreszcie ona sama. "

Czegoś mi w tej książce zabrakło. Mimo, że niektóre wątki były naprawdę fajnie pomyślne, np. wszystko co dotyczyło wdowy po profesorze Jamesie Osbornie (wydaje mi się, że mogłaby to być historia na osobną książkę). A tymczasem wszystko "W ogrodzie Mirandy" jest zbyt powierzchowne i płaskie ..... jak na mój gust. Bohaterowie nijacy, tacy których ani się nie lubi, ani nie złoszczą. Przeczytałam tę książkę siłą rozpędu i cały czas żałowałam, że zabrakło w niej emocji i pasji. No chyba, że chodziło o pokazanie angielskiego chłodu i dystansu, a ja nie zorientowałam się, że to o to chodzi ;-)

Widziałam, że Padma już zrobiła podsumowanie roku. Ja swoje ułożyłam w głowie, ale nie wiem czy jutro starczy mi czasu na publikację. No zobaczymy.

Tymczasem pozdrawiam.

Składam wszystkim życzenia pomyślności i samych pogodnych dni w 2010 roku.


21:24, rr-odkowa
Link Komentarze (5) »
czwartek, 24 grudnia 2009

Wszystkim molom książkowym oraz tym, którzy w przyszłości się nimi staną życzę cudownych, rodzinnych i pogodnych Świąt Bożego Narodzenia, a w nowym roku samych sukcesów, radości i tylko pogodnych dni.

RR-odkowa

 

23:07, rr-odkowa
Link Komentarze (8) »
czwartek, 17 grudnia 2009

Jacek Dehnel moim idolem i ulubionym polskim pisarzem jest :-) Podobała mi się "Balzakiana", ale "Lala" to dopiero jest cudo!!! Przynajmniej dla mnie. Uwielbiam takie niezwykłe, ciekawe historie opowiedziane pięknym językiem i pełne emocji. Bo czego jak czego, ale emocji i uczuć w "Lali" nie brakuje. Autor tak pięknie opisał historię życia swojej babci i tym samym udowodnił, że o miłości można pisać tak po prostu, bez przesłodzenia, bez ckliwości, za to z wielką czułością. Kiedyś w pewnym artykule przeczytałam takie piękne zdanie mówiące o tym, że ".... miłość to zapięcie guzików staremu człowiekowi. Ubranie go. Podanie śniadania i obiadu...." I taką właśnie miłość czuć na wielu stronach tej książki.

"Lala" to powieść - hołd, powieść - pożegnanie. Kto jesty podmiotem? Wiadomo. Tytułowa bohterka powieści (tak naprawdę miała na imię Helena) to kobieta niepospolita i niepokorna, czasami kapryśna i pyskata. Poznajemy zawiłe losy jej przodków - dziadka, który tracił i zyskiwał majątek, babci, która była antytalentem lingwistycznym (po 25 latach spędzonych w Kijowie nie znała rosyjskiego), kuzynów i sąsiadów. Autor opowiada o dzieciństwie Lali, spędzonym w Lisowie (majątek w pobliżu Kielc), o czasie wojny i późniejszym życiu w Oliwie. Opowieść tę autor snuje nie zawsze chronologicznie, nagle urywa pewne wątki, rozpoczyna nowe, by za kilka stron wrócić do tego wcześniej urwanego. O pewnych zdarzeniach czy osobach dowiadujemy się bardzo dużo, o innych mniej. Japończyk, kóry okazał się szpiegiem, mili Niemcy stacjonujący w majątku, narzeczeni i mężowie Lali, Konstanty Ildefons Gałczyński - cały szereg ciekawych i świetnie opisanych postaci pojawia się w tej książce. Baaardzo przekonuje mnie forma powieści, w której autor prowadzi swoisty wywiad - rzekę. Babcia opowiada, wnuczek słucha. Kilkakrotnie sama siebie przyłapywałam na tym, że wydawało mi się, że ja też słucham.

Jeden "tyci - tyci" minus za początek, który zdawał się przyświecać idei, że "na początku był chaos". Wróciłam do niego po przeczytaniu ostatniej strony i, uwierzcie, było już znacznie lepiej.

Domyślam się, że wiele moli książkowych już przeczytało tę książkę, ale jeśli ktoś jeszcze nie miał okazji temu gorąco jej polecam.

20:41, rr-odkowa
Link Komentarze (4) »
sobota, 05 grudnia 2009

"Zugzwang" Ronana Bennetta jest doskonałym przykładem, że nie wolno sądzić książki po okładce ;-). Okładka "Zugzwanga" do złudzenia przypomina "Cień wiatru" Zafona. Ten sam klimat, zamglona ulica, świecące latarnie i niewyraźna postać - wiem, wiem ..... u Zafona były dwie.

Bardziej z ciekawości, niż z chęci przeczytania wzięłam tę książkę z bibliotecznej półki. Ciekawa byłam czy treść również została zapożyczona z "Cienia wiatru". Na szczęście nie. "Zugzwang" to thriller z szachowymi rozgrwkami i psychoanalizą w tle.

"Petersburg 1914 - miasto bogactwa  i ubóstwa, w którym pulsuje zawiść, gniew, okrucieństwo i przemoc.
W atmosferze zbliżającego się międzynarodowego turnieju szachowego pewien uznany psychiatra, doktor Spethmann, musi zmierzyć się nie tylko z dziwnym przypadkiem jednego ze swych pacjentów, genialnego szachisty Rosenthala, ale zostaje również wmieszany w polityczną intrygę.
Próbuje dociec przyczyny nocnych lęków pięknej Anny Pietrowny, w której się zakochuje, i dotrzeć do tajemniczych związków, jakie łączą jego córkę z zamordowanym właśnie terrorystą. Rozgrywana partia szachów, podobnie jak zawiłości fabuły, prowadzi do
Zugzwangu - sytuacji bez wyjścia". Tyle o książce mówi wydawca.

Książka jest całkiem niezła. Wciągnęła mnie niemalże od pierwszej strony, bo:
- intryga ciekawa - mnóstwo zagadek, które muszą zostać rozwiązane,
- barwnie nakreśleni bohaterowie,
- wartka akcja - momentami tempem przypomina Wielką Pardubicką,
- częste zwroty akcji - kilkakrotnie wydawało mi się, że wiem kto jest dobry, a kto zły,a  potem sytuacja zmieniała się o 180 stopni.

Doceniam starania autora (potwierdzone obszerną bibliografią) aby jak najwierniej przedstawić słynne rozgrywki szachowe, oraz tło społeczno - polityczne Rosji z początku XX wieku.

Gdybym tylko potrafiła zapomnieć o zakończeniu, które moim zdaniem autorem położył zupełnie, powiedziałabym, że to bardzo dobra książka. Aczkolwiek jest to moje subiektywne spotrzeżenie, bo moja mama twierdzi, że zakończenie jest bardzo dobre. Dlatego polecam tę książkę, zwłaszcza tym, którzy potrzebują ciekawej, ale niezbyt wymagającej lektury na długie grudniowe wieczory.

21:04, rr-odkowa
Link Komentarze (2) »

Witajcie!!

Na ulicach zrobiło się już całkiem świątecznie. Choinki, światełka i mikołaje są już w większości sklepów, więc postanowiłam, że na ten zimowy czas powrócę do szablonu katemac, z którego korzystałam także w ubiegłym roku, i który bardzo przypadł mi do gustu.

Grudzień to miesiąc wszelkich podsumowań. Pora wybrać Książkę 2009 Roku. Tym razem nie muszę się długo zastanawiać. Nie mam najmniejszych wątpliwości, która pozycja zajmie I miejsce, ale nie zdecydowałam jeszcze, które książki znajdą się na dalszych miejscach. Dlatego o szczegółach napiszę za jakiś czas.

Powoli przygotowuję też recenzje przeczytanych ostatnio książek, a trochę się tego nazbierało. Pozdrówka.

 

 

17:22, rr-odkowa
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 października 2009

 

Pamiętam, że całkiem niedawno pisałam o tym, jakie mam szczęście do lektur. Każda czytana przeze mnie książka okazuje się strzałem w przysłowiową dychę. Wiedziałam, że los się musi odwrócić i tak się stało.

Ostatnio trafiłam na kilka książek, które delikatnie mówiąc - nie zachwyciły.

 

1. "Niewidzialne miasto" - Emili Rosales.
Podobno uznano go za jednego z najbardziej interesujących głosów nowego hiszpańskiego pokolenia. Carlos Ruiz Zafon mówi o nim: "obiecujący" i podkreśla, że "Niewidzialne miasto" stanowi uwodzicielską mieszankę intrygi, sztuki i tajemnej historii Europy". Ja poza mieszanką, w właściwie misz-maszem, nie znalazłam w tej książce nic. Akcja się plącze, momentami tak bardzo, że nie miałam pojęcia o którym okresie życia bohatera czytam. Narracja dla mnie zupełnie nieprzyswajalna. Ciągle traciłam wątek i musiałam wracać do początku strony lub zdania. W końcu się poddałam. Trochę mi szkoda bo autor miał fajny pomysł na książkę. Wierzę, że komuś może się spodobać. Mi niestety nie.

 

2. "Kobieta w wynajętych pokojach" - Katarzyna T. Nowak.
Z tą książką sytuacja wygląda inaczej. Autorka pisze naprawdę dobrze, książkę przeczytałam do ostatniej strony. Ale bohaterka wywołała we mnie tyle negatywnych uczuć, że do tej pory się wzdrygam na samo jej wspomnienie. Jakaś taka antypatyczna, egoistyczna, niepozbierana, śpiąca do południa i nie potrafiąca wybrać pomiędzy dwoma mężczyznami. W realnym świecie od takich ludzi uciekam jak najdalej. Od tej książkowej postaci też miałam ochotę uciec. W sumie duży plus dla autorki za stworzenie tak wyrazistej postaci :-)

 

 

 

3. "Umiłowana" - Toni Morrison.
Ta książka to jeden wielki wyrzut sumienia. Bardzo chciałam ją przeczytać. Bardzo długo szukałam jej w bibliotekach. W końcu przyniosłam ją do domu i niemalże od razu zaczęłam czytać. Na początku jakoś szło, ale z każdym dniem było gorzej. Nie czuję tych czarnoskórych klimatów. Nie pociągają mnie ich wierzenia, nie rozumiem ich patrzenia na świat. Gdy definitywnie odkładałam tę książkę na półke czułam wielkie rozczarowanie, bo nie tego oczekiwałam. Moze kiedyś do niej wrócę. Póki co nie mam ochoty.

18:29, rr-odkowa
Link Komentarze (7) »
niedziela, 11 października 2009



Będzie to wpis o tym jak zostałam fanką Michala Viewegha. Poszukuję, póki co bezskutecznie, jego książek w bibliotekach, ale po przeczytaniu "Wychowania dziewcząt w Czechach" i ostatnio "Sprawy niewiernej Klary" czuję, że ten autor zwyczajnie mi pasuje. Lekkie, współczesne pióro, erudycja, sporo ironii i męskie spojrzenie na świat daje mieszankę, która do mnie przemawia.

"Sprawa niewiernej Klary" to powieść, która łączy w sobie wątki sensacyjne, romansowe i obyczajowe i wciąga niemalże od pierwszej strony. Do jednej z praskich agencji detektywistycznych, która specjalizuje się w śledzeniu niewiernych małżonków zgłasza się pewien bardzo znany pisarz. Pierwsze spotkanie odbywa się pod hasłem: "potrzebuję informacji do nowej książki". Oczywiście to tylko pretekst, gdyż tak naprawdę Norbert Czerny ma podejrzenia iż jego młoda dziewczyna nie jest mu do końca wierna. Właściciel agencji - Denis Pravda przyjmuje zlecenie. Tak w skrócie rozpoczyna się ta książka. Dalej jest już tylko lepiej. Klara jest śledzona, Denis Pravda, za namową żony (!!!!) wdaje się w romans z koleżanką z pracy (ot, taka męska fantazja autora!!), a Norbert Czerny szaleje z niepokoju i zazdrości. W pewnym momencie akcja przenosi się nawet na inny kontynent (do Chin z postojem w Helsinkach), ale podejrzewam, że nawet gdyby miała rozgrywać się na jednej tylko praskiej ulicy, byłoby równie ciekawie i wciągająco.

Sporo w tej książce erotyki i męskich fantazji, ale absolutnie mnie to nie raziło. W końcu historia wymyślona przez autora wymagała nieco "pieprzu" i frywolności, a całość czyta się naprawdę świetnie. "Sprawa niewiernej Klary" wydaje się być idealnym, niemalże gotowym materiałem na scenariusz filmowy. Podczas lektury sceny, niczym z filmu, same pchają się do głowy.

Tak więc z czystym sumieniem i pełnym przekonaniem kolejna "piątka" dla Michala Viewegha.

18:19, rr-odkowa
Link Komentarze (2) »
czwartek, 01 października 2009

 

 

Któregoś dnia, w drodze "do" i "z pracy", przeczytałam przecudną książeczkę "O bibliotece". Jest ona lekturą obowiązkową wszystkich tych którzy lubią czytać książki o książkach :-)

Książeczka ma niecałe 50 stron i jest bardzo w stylu Eco ;-). Podziwiam jego wielką erudycyję, lubię to inteligentne i trochę złośliwe poczucie humoru i ciągle obiecuję sobie, że znowu przeczytam "Imię róży".

"O bibliotece" to dość specyficzny przewodnik między magicznymi regałami pełnymi książek. Cudowne są ulubione biblioteki autora. Jedna znajduje się w Toronto, druga w Yale. Obie otwarte są do północy (!!!), świetne (choć różne) katalogi i w obu czytelnik może krążyć między półkami.O ileż przyjemniejsze jest wypożyczanie książek, gdy samemu można buszować między regałami i szukać czegoś wyjątkowego. W Toronto można wybrać sobie książkę i udać się do sali, w której wygodne fotele zachęcają do zagłębienia się w lekturze. Natomiast w bibliotece w Yale czytelnik sam zapala sobie światło między regałami wśród których "bardzo łatwo można  na przykład popełnić morderstwo i ukryć trupa pod półkami z atlasami geograficznymi, a odnaleziony zostanie po upływie całych dziesięcioleci..." (str. 25).

Momentami książka Eco przypomina poradnik dla różnej maści złoczyńców. Podpowiada jak najłatwiej skopiować całą pozycję, gdzie najłatwiej ją ukraść.

No i na koniec fragment, który szczególnie mnie rozbawił, czyli jak powinna wyglądać prawdziwa biblioteka "z piekła rodem". Eco wymienia kilka cech takiej biblioteki, z których kilka (no wypisz - wymaluj) do złudzenia przypominają moją akademicką czytelnię. Mam nadzieję, że teraz wygląda ona trochę lepiej, ale kiedyś było tak:

"A. Katalogi winny zawierać jak najwięcej działów; trzeba bardzo pieczołowicie oddzielić katalog książek od katalogu czasopism, a oba od katalogu rzeczowego, jak również książki ostatnio nabyte od książek nabytych dawniej. Jeśli to tylko możliwe, ortografia w obu tych katalogach (nabytków nowych i dawnych) winna być odmienna [...]

C. Sygnatury winny być niemożliwe do przepisania, w miarę możliwości rozbudowane, aby ten, kto wypełnia rewers, nie miał nigdy dość miejsca na wpisanie ostatnich symboli i uznał je za nieważne, a dzięki temu obsługujący mógł zwrócic rewers z żądaniem uzupełnienia.

D. Czas między zamówieniem a dostarczeniem książki winien być bardzo długi.[...]

G. W miarę możliwości winno nie być w ogóle ani jednej fotokopiarki; jeśli jednak jakaś już się znajdzie, dostęp do niej winien być bardzo czasochłonny i kłopotliwy, cena wyższa niż na mieście, limity kopii bardzo niskie, nieprzewyższające dwóch albo trzech stroniczek.

H. Bibliotekarz winien uważać czytelnika za wroga, nieroba (w przeciwnym razie byłby przecież w pracy), za potencjalnego złodzieja.[...]

J. Dział informacji winien być nieosiągalny.

K. Należy zniechęcać do wypożyczania.

L. Wypożyczenia międzybiblioteczne winny być niemożliwe, a w każdym razie trwać całymi miesiącami. Najlepiej jednak zagwarantować sobie niemożliwość zapoznania się ze stanem posiadania innych bibliotek. [...]

N. Winno być całkowicie niemożliwe zjedzenie czegokolowiek w obrębie biblioteki i w żadnym razie nie powinno być mowy o posilaniu się poza biblioteką bez odłożenia wszystkich książek, z których się korzysta, tak by po wypiciu kawy trzeba było zamówić je od nowa.

O. Niemożliwe winno być odzyskanie czytanej książki następnego dnia.

P. Niemożliwe winno być uzyskanie informacji, kto pożyczył brakującą książkę. [...]" ;-)

Jednym słowem .... POLECAM!!!!!

 

18:47, rr-odkowa
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 07 września 2009

 

 

Moja Szanowna Firma wysłała mnie na szkolenie BHP. Wiadomo jak takie szkolenia wyglądają. Człowiek się nudzi, odpowiedzi do testów zostają podane przez kogoś z tyłu (...lub z przodu) zanim jeszcze dostanie się do ręki test i Pan lub Pani opowiadająca o agrożeniach w fabryce lub przy pracy na wysokości. A ja ani w fabryce, ani na wysokościach. Może czasami w chmurach ;-)

Żeby to szkolenie nie było takie do końca bezproduktywne i frustrujące wzięłam do torebki niewielką książeczkę pt: "Wychowanie dziewcząt w Czechach" (Michal Viewegh). Był to strzał w przysłowiową dychę. Lekka, sarkastyczna ale bardzo inteligentna proza i bardzo czeska. To trochę enigmatyczne stwierdzenie, ale pamiętam, że czytając "Śmierć pięknych saren" O. Pavla miałam podobne odczucia. Tak jakby duch Haška był ciągle obecny w literaturze naszych sąsiadów.

Ale wracając do książki. "Wychowanie dziewcząt w Czechach" opowiada o młodym nauczycielu języka czeskiego, który zostaje wynajęty przez lokalnego mafiosa. Mafioso oczekuje, że prywatne lekcje twórczego pisania pozwolą jego starszej córce Beacie wyjść z depresji. Początki nie są obiecujące. Dziewczyna całe dnie spędza głownie w swoim łożku, leżąc i milcząc. Żadne zaczepki i prowokacje nauczyciela nie są w stanie wyrwać jej z marazmu i  niebytu. Spotkanie wyglądają podobnie i wydają się nie przynosić żadnych zmian. Mimo to mafioso jest zadowolony, chwali korepetytora mówiąc, że świetnie mu idzie. I oto nagle następuje przełom. Beata wstaje z łóżka i zaczyna remontować pokój. Co wyniknie z tej nagłej przemiany przeczytacie w książce., ale będzie się działo i to dużo.

Wątek romansowy, choć ciekawy, nie jest jedyny. Sarkastycznie i z dystansem przedstawione zostaje współczesne czeskie szkolnictwo, w którym rządzą układy, i które uzależnione jest od władz lokalnych.

To co mnie osobiście najbardziej zafascynowało w tej mini-powieści to jej forma i styl. Świetny język sprawia, że książkę czyta się błyskawicznie, a mnogość cytatów i odwołań zachęca do odbycia kolejnych literackich podróży.

Dla mnie to książka "na piątkę".

20:09, rr-odkowa
Link Komentarze (3) »
wtorek, 25 sierpnia 2009

 

 

Moich wakacyjnych lektur ciąg dalszy. Jednak tym razem, w przeciwieństwie do poprzedniego wpisu, chciałam napisać parę słów o książce, która spodobała mi się (co rzadko mi się zdarza) od pierwszej strony i pomimo niewielkich rozmiarów bardzo zapadła mi w pamięć. Czytałam ją w drodze "do" i "z pracy", ale tak naprawdę jest to opowieść na jeden wieczór.

Tą książką jest "Ból kamieni" Mileny Agus. Autorka opisuje losy swojej babci, która jak na "tamte" (wojenne i powojenne) czasy była uznawana za ekscentryczkę gdyż w wieku trzydziestu lat ciągle czekała na wielką miłość ".... i szła do kościoła zapytać Boga, dlaczego, dlaczego jest tak niesprawiedliwy i nie pozwala jej poznać miłości, która jest najpiękniejszą rzeczą, jedyną, dla której warto żyć w świecie, w którym wstajesz o czwartej rano, żeby zająć się domem, potem idziesz pracować na polu, potem do najnudniejszej pod słońcem szkoły haftu, potem idziesz z dzbanem na głowie do fontanny, nabrać wody do picia, potem raz na dziesięć dni nie śpisz całą noc, żeby upiec chleb, a potem musisz wyciągnąć wodę ze studni i nakarmić kury. Więc jeśli Bóg nie chce, żeby poznała miłość, niech lepiej ją zabije, wszystko jedno jak."

W końcu, pod presją rodziny wychodzi za mąż za mężczyznę dużo od siebie starszego, który w czasie wojny stracił rodzinę i cały dobytek. Rodzice przyjęli go pod swój dach, a już wkrótce odbył się ślub. Dziwne to było małżeństwo. Nie rozmawiali ze sobą, spali w jednym łóżku, ale jak najdalej od siebie, a dziadek regularnie odwiedzał domy publiczne. A jednocześnie bardzo dbał o swoją żonę i nie pozwalał jej ciężko pracować. Babcia nie mogła utrzymać żadnej ciąży z powodu kamieni nerkowych więc rodzina postanowiła wysłać ją do uzdrowiska na kurację termalną. Tam babcia poznała Weterana, mężczyznę, w którym zakochała się bez pamięci. Rozmawiali całymi dniami, Weteran opowiadał jej o swojej wielkiej pasji - grze na fortepianie, czytał jej na głos gazety, a babci czuła, że jest najszczęśliwszą kobietą na ziemi. Po powrocie z uzdrowiska jej stan znacznie się poprawił, a po kilku miesiącach urodziła syna. Chłopiec, już małe dziecko przejawiał ....upppssss... duży talent muzyczny. Co było dalej nie zdradzę.

Oczarowała mnie ta niewielka książeczka. Autorka pisze z niebywałą lekkością i optymistycznym patrzeniem na świat. Coraz bardziej przekonuję się, że taka południowa literatura wyjątkowo mi odpowiada. Lubię ten niespieszny rytm powieści, specyficzne opisywanie rzeczywstości i całą tą południową aurę - słońce, morska bryza oraz smaki i zapachy, którę mogę sobie tylko wyobrażać.

Generalnie polecam i to bardzo :-)

09:06, rr-odkowa
Link Komentarze (1) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
O autorze
Zakładki:
Przeczytane w 2010 roku
Aktualnie czytam
Napisz do mnie
Przeczytane w 2009 roku
Przeczytane w 2008 roku
Szablon bloga wybrany z katalogu
Tu zaglądam
Ulubione blogi książkowe
Ulubione blogi różne
Spis moli