rr-odkowa
RSS
czwartek, 13 sierpnia 2009

 

 

Tegoroczne wakacje sprzyjają lekturom. Od czerwca przeczytałam kilka dobrych lub bardzo dobrych książek i muszę w końcu odłożyć książki na chwilę na półkę i napisać jakąś recenzję.

Pierwsza z przeczytanych książek, mimo że nominowana do Nagrody Bookera, nie należy od moich Hitów Lata. Jest to powieść Sarah Waters "Pod osłoną nocy". Akcja toczy się w wojennym i powojennym Londynie. 3 kobiety: Kay, Helen i Viv, oraz brat Viv - Duncan próbują ułożyć sobie życie w powojennej rzeczywistości. Każda z tych postaci wiedzie dosyć kontrowersyjne życie. Kay, w czasie wojny była kierowcą ambulansu, spotykała się z Helen, a Viv wdała się w romans z żonatym żołnierzem. Duncan natomiast odbywał karę więzenia za to, że unikał wstąpienia do wojska. Książka rozpoczyna się w 1947 roku. Viv i Helen pracują w biurze matrymonialnym. Viv nadal spotyka się potajemnie z Reggiem, a Duncan, mimo iż przed wojną miał dużo wyższe aspiracje, teraz pracuje w fabryce i "mieszka" z byłym emerytowanym pracownikiem więzienia, panem Mundy`m. Losy tej czwórki przeplatają się i łączą o czym dowiadujemy się stopniowo, bowiem akcja powieści cofa się w czasie aż do początku wojny i odsłania coraz więcej zagadek.

Szczerze mówiąc ta książka specjalnie mnie nie zachwyciła. Ot, taka zwyczajna. Przeciętnie wciągająca, przeciętnie interesująca. Najbardziej zainteresował mnie wątek obrączki, którą Viv dostała od Kay. Chciałam wiedzieć gdzie i dlaczego, skoro nic ich nie łączyło.

Doceniam natomiast inne walory tej książki. Odejście o stereotypów i schematów pisania o wojnie. Pisanie o życiu codziennym w czasie wojny bez patosu i martyrologii. Mamy tu więc żołnierza zdradzającego żonę, kobiety kochające kobiety, chłopaka, który ucieka przed wojskiem. Bohaterowie szukają miłości i chwil radości w tych trudnych wojennych czasach i żyją z dnia na dzień. Wcześniej nie czytałam nic Sarah Waters, nie wiem czy wątek mniejszości seksualnych pojawia się także w innych jej książkach. W tej było to dosyć interesujące. Myślę też, że tę książkę można potraktować jako swoisty portret kobiety. Nie ma tu co prawda najbardziej typowej kobiety - żony i matki, ale są inne oblicza kobiecości, równie interesujące i prawdziwe.

Natomiast nie jestem do końca przekonana do ogólnego ułożenia powieści. Autorka podzieliła ją na 3 części, i w każdej cofa się o kilka lat. W efekcie momentami miałam wrażenie, że czytam powieść od końca. Było to dosyć ciekawe doświadczenie..... byle nie za często ;-).

Podsumowując. Mimo iż "Pod osłoną nocy" nie zachwyciła mnie, z pewnością poszukam innej książki Sarah Waters, żeby zobaczyć czy ją polubię czy raczej nie. Jednym słowem, dam jej jeszcze jedną szansę :-)

 

10:13, rr-odkowa
Link Komentarze (4) »
czwartek, 23 lipca 2009

 

 

Zamiast wylegiwać się na słoneczku w jakimś uroczym miejscu wymyśliłam sobie remont. Konkretnie malowanie. Miało być szybko i bez komplikacji .... wyszło jak zawsze ;-/.

Na szczęście są też bardzo namacalne plusy pozostania w domu. Oto one:


większość po 1 PLN. O ile dobrze pamiętam, tylko Jodi Picoult kosztowała mnie 2 PLN.

Ogromnie cieszę się z upolowania "The Gathering", "Like Water for Chocolate" ("Przepiórki w płatkach róży"), "The Lost Dog" oraz "The Vanishing Act of Esme Lennox", ale reszta też niczego sobie.

Tylko kiedy ja znajdę czas to przeczytanie tych wszystkich książek??? Przydałby mi się kolejny urlop :-)

12:18, rr-odkowa
Link Komentarze (10) »
czwartek, 09 lipca 2009

 

Kilka dni temu skończyłam czytać "Drogę" i ciągle o niej myślę. Wcześniej wiele się naczytałam .... że taka genialna, wspaniała, że arcydzieło i strasznie mnie to intrygowało i bardzo chciałam zdobyć wreszcie tę książkę i sprawdzić, czy te zachwyty są faktycznie uzasadnione. No i kurcze są. Bez dwóch zdań.

Długo zastanawiałam się co o niej napisać. I myślę, że "Droga" to jedna z najważniejszych książek w moim życiu. Tak jak kilka miesięcy temu zachwycałam się "Odkryciem nieba" tak teraz chylę czoła przed tą książką, a ściślej przed autorem. Nie napiszę, że mi się podobała, bo pisanie o "podobaniu" w kontekście tej książki jest co najmniej nie na miejscu. Myślę, że będę ją pamiętać przez długie lata, bo ona nie da o sobie zapomnieć.

Jest to opowieść o ojcu i jego małym synu, którzy podążają w nieznane. Kierują się na południe licząc, że tam będzie choć trochę lepiej i cieplej. Nasz świat nie istnieje. Został zniszczony przez (prawdopodobnie) wybuch nuklearny. Na Ziemi nic nie rośnie, nie ma jedzenia, świeżej wody, a wszystko spowiła gruba warstwa pyłu, który unosi się w powietrzu i zasłania niebo. Zmienił się klimat, jest znacznie zimniej niż bywało wcześniej i pada deszcz. Ale to nie zmieniająca się aura jest ich największym wrogiem. Bohaterowie najbardziej obawiają się ludzi. Bo ludzie, którym udało się przeżyć, w większości są źli. Kierowani najniższymi instynktami są gotowi zabić dla odrobiny jedzenia lub kawałka ubrania, szerzy się kanibalizm. Mimo to ojciec i syn idą drogą. Pchają wózek, na którym jest cały ich dobytek. Są wiecznie głodni, zmarznięci i przemoczeni, ale idą, bo być może gdzieś tam, na południu ...........

Co jest największym atutem tej książki? Dla mnie język - prosty w formie a zarazem doskonały w przekazie. Okazuje się, że krótkimi, prostymi zdaniami można oddać wszystko co najważniejsze (miłość do syna, determinację w walce o przetrwanie, radość ze znalezionego jedzenia i lęk przed mogącymi nadejść ludźmi) i ten język momentami brzmi jak poezja. Uproszczony i bez ozdobników, współgra doskonale z treścią książki.

Bez wątpienia jest to jedna z najbardziej przemujących książek jakie kiedykolwiek przeczytałam. Pozwala spojrzeć na świat wokół nas i pomyśleć "what a wonderful world" :-)

21:04, rr-odkowa
Link Komentarze (8) »
niedziela, 21 czerwca 2009

 

 

 

Wróciłam do starej "skórki". W poprzedniej było mi jakoś za ciasno ;-) Ta mi jakoś pasuje, tyle, że gdy otwieram stronę przez Firefox "Książkowo" nachodzi na kwiatki, a gdy użyję IE to napis "Książkowo Dolne" jest dużo mniejszy niż w Mozilli i bardzo odsunięty od tych kwiatków. Dziwne to i wkurzające, ale póki co nie potrafię nic z tym zrobić. No trudno.

Korzystając z przepięknego (sic!) lata przeczytałam wczoraj "Betonowy ogród" Iana McEwana. Być może pamiętacie jak kilka miesięcy temu poległam przy lekturze "Przetrzymać tę miłość", tym razem dałam radę, choć nie było łatwo. I nie chodzi o to, że to zła lub nudna książka. Absolutnie nie! Problem w tym, że McEwan balansuje na krawędzi mojej wytrzymałości psychicznej. "Betonowy ogród" to powieść o rodzinie, która może nie jest patologiczna w popularnym tego słowa znaczeniu, ale na pewno nie jest ani normalna, ani szczęśliwa. Ojciec despota, typowy "pan i władca", bezwolna i kompletnie bezbarwna matka oraz czwórka dzieci, którym nie wolno zapraszać przyjaciół do domu. Relacje między dziećmi też nie są takie jak powinny być. Nic w tym domu takie nie jest. Dzieci często bawią się w lekarza, rozbierają młodszą siostrę Sue i przeprowadzają "badanie". Narratorem książki jest 14-letni Jack, który zaczyna dojrzewać więc historia przez niego opowiadana jest przesycona swoistym napięciem seksualnym. 

Najpierw umiera ojciec. Umiera podczas pracy w ogrodzie, którym ze względu na chore serce nie może się zajmować, i który postanawia zalać betonem. Mówi: "Tak będzie schludniej [..] Nie mam sił, by dbać o ogród [...] A dzięki betonowej nawierzchni na dworze matce będzie łatwiej utrzymać w czystości podłogi w domu". Później umiera matka. Od tygodni chorowała i nie wstawała z łóżka, a któregoś dnia po prostu nie obudziła się. Dzieci zostają same. Boją się, że gdy ktoś dowie się o śmierci matki, one trafią do sierocińca. Dwoje najstarszych Jack i Julia postanawiają pochować matkę w skrzyni w piwnicy, używając do tego cementu, którego nie zdążył zużyć ojciec. Ale nie to jest w tej książce najstraszniejsze. Przerażające jest to, w jaki sposób ta czwórka, zamknięta w enklawie własnego domu,  próbuje normalnie żyć, udawać przed sobą, że nic się nie stało. Każde nich inaczej reaguje, czy może raczej odreagowuje tę nienormalną sytuację. Julia ciągle opala się w ogrodzie, Jack nie myje się, nie zmienia ubrania, śpi i onanizuje się, Sue pisze listy do zmarłej matki i odczytuje je przy skrzyni w piwnicy, a najmłodszy Tom przebiera się w sukienki i nosi perukę. Aż ciarki przechodziły mi po plecach podczas lektury. Tytułowy betonowy ogród to nie tylko szalony pomysł ojca, ale częściowo także nawiązanie do kondycji psychicznej tej rodziny. 

Ian McEwan po tej książce zyskał sławę makabrysty. Nie dziwię się. Książka jest przerażająca i psychicznie wyczerpująca. Dramatyzm potęgowany jest przez język - prosty, lakoniczny. Im krótsze i prostsze zdania tym większy efekt.

Podumowując - Obiecałam sobie, że zanim znowu spróbuję zmierzyć się z McEwanem musi upłynąć trochę czasu. Póki co potrzebuję trochę lżejszej i pogodniejszej lektury. Mam nadzieję, że "Bambino" Ingi Iwasiów takie właśnie jest.

Moja ocena:


18:38, rr-odkowa
Link Komentarze (14) »
sobota, 20 czerwca 2009

 

 

 

kiedy bylem

Eric - Emmanuel Schmitt należy do tych pisarzy, których lubię i cenię, a mimo to nie czekam z utęsknieniem na kolejne książki. Zawsze w końcu przychodzi ten moment, kiedy mam ochotę przeczytać coś E.-E. Schmitta i nie pamiętam, żebym kiedykolwiek rozczarowała się jego książką. Tak było i tym razem. "Kiedy byłem dziełem sztuki" to niebywale oryginalna powieść z morałem. Jest to historia młodego chłopaka przeświadczonego o własnej nijakości, marności i ogarniętego "misją samozagłady". Poznajemy go w momencie gdy postanawia, po raz kolejny, popełnić samobójstwo. Stoi nad przepaścią i, choć brzmi to nieprawdopodobnie, napawa się szczęściem, że oto za chwilę jego udręki się skończą, gdy nagle słyszy słowa "Proszę dać mi dwadzieścia cztery godziny". I tak oto bohater zawiera pakt z Zeusem Peterem Lamą - Artystą. Zeus przejumuje kontrolę nad życiem niedoszłego samobójcy, postanawia przemienić go (przy pomocy licznych operacji plastycznych) w podziwiane dzieło sztuki i nadaje mu nowe imię Adam bis. Tak oto zakompleksiony, nieszczęśliwy chłopak staje się niesamowicie oryginalną, pożądaną i wzbudzającą powszechne zainteresowanie żywą rzeźbą. Goście Zeusa zachwycają się tą dziwaczną rzeźbą, a kobiety zakradają się do jego sypialni. Dostaje to o czym marzył przez całe życie lub wydawało mu się, że marzy. Czy ta metamorfoza przyniesie mu prawdziwe szczęście?

Wszystkie książki Schmitta, które przeczytałam zawierały jakieś przesłanie i morał. Tak jest i tutaj. "Kiedy byłem dziełem sztuki" to opowieść o tym jak czasami trudno jest nam siebie zaakceptować i przestać porównywać z innymi. Główny bohater całe życie czuł się gorszy i mniej kochany od swoich, robiących medialną karierę, braci. Przypomina mi to "ból dojrzewania" i kompleksy większości nastolatków, którzy czują się brzydsi, mniej "cool" od swoich rówieśników. Dla mnie główny bohater to taki zakompleksiony nastolatek, któremu wydaje się, że jest do niczego. Na szczęście przeważająca większość młodych ludzi nie musi posuwać się tak daleko, żeby dostrzec swoją wartość i pogodzić ze samym sobą.

Moja ocena:

 

PS. Sprawy służbowe w większości zakończone, masa książek czeka na recenzję. Blogu witaj !!!!!!!! :-)

14:01, rr-odkowa
Link Komentarze (2) »
czwartek, 30 kwietnia 2009

 

 

 

 

"Kino Venus" stało na mojej półce od kilku tygodni. I być może stało by jeszcze dłużej, gdyby nie pewien zbieg okoliczności. Otóż niedawno kolega opowiadał mi o książce, której akcja toczy się przedwojennym Lublinie, i która jest świetnie skontruowanym i napisanym kryminałem. Pomyślałam, że warto o tej pozycji pamiętać przy kolejnej wizycie w bibliotece. Następnego dnia robiąc porządek na półce z książkami ku swojemu zdumieniu odkryłam, że Komisarz Maciejewski stoi pośród innych książek przyniesionych z biblioteki (czasami już sama nie wiem co mam ;-) ). Co prawda nie jest ten tom, o którym rozmawiałam z kolegą, ale cóż to.

"Komisarz Maciejewski. Kino Venus" to naprawdę dobry kryminał. Świetnie naszkicowany jest główny bohater - zresztą nie tylko on, bo tu aż roi się od ciekawych, wyrazistych postaci - tajniak Zielniak, Lilli Byoros, nadkomisarz Makowiecki. A Zyga Maciejewski to taki policjant z kwri i kości - czasami mroczny i despotyczny, czasami potulny niczym baranek. Pali jak smok, "za kołnierz nie wylewa", nie ma szczęścia do kobiet i wciąż czyta "Proces" Kawki.

Sprawa kryminalna jest moooocno wciągająca i trzyma w napięciu niemal do ostatniej strony. Rzecz dotyczy handlu kobietami, zmuszania do prostytucji i produkcji filmów pornograficznych. Policja odkrywa, że do miasta przyjeżdża wiele młodych kobiet szukających pracy i wiele z nich znika bez śladu. Czy uda się je odnaleźć? Intryga zakrojona jest na szeroką skalę i początkowo policja daje się wodzić za nos. Aż tu nagle sprawa zostaje rozwiązana. Wydaje się, że to już koniec, ale tak naprawdę to dopiero początek wielkiej sex-afery.

Jednak to co najbardziej urzekło mnie w tej książce to atmosfera. Autorowi genialnie udało się oddać klimat Lublina lat 30-tych XX wieku. Nieistniejąca już dzielnica żydowska, Stare Miasto, okoliczne wsie, które dzisiaj są dzielnicami miasta (Sławinek, Bazylianówka), dorożki, podejrzane typy wyłaniające się z ciemnych uliczek. Coś takiego jest w tej książce na co trudno znaleźć słowa, ale co wywołuje nostalgię. I żałuję, że nie mogę przenieść się w tamte czasy żeby poczuć i zobaczyć Lublin sprzed II wojny.

Cóż mogę powiedzieć na koniec? Oczywiście bardzo polecam tę książkę, każdemu kto potrzebuje niezobowiązującej, ale inteligentnej powieści kryminalnej z klimatem :-)

22:24, rr-odkowa
Link Komentarze (4) »
piątek, 24 kwietnia 2009

Tak to już w życiu bywa, że czasami czasu nie starcza. Trafiła mi się pewna praca na zlecenie, a że termin krótki więc wolny czas przestał być wolnym. Ot tak, z dnia na dzień. Pocieszające jest to, że "po primo" jeszcze tydzień i wszystko wróci do normy, a "po drugie primo" mimo wszystko czytam. Tylko czasu na pisanie o tym czytaniu brakuje ;-/. No, ale nie można mieć wszystkiego. 

Kilka książek czeka na recenzję - m. in. "Balzakiana", która baaaaardzo mi się spodobała, choć nie była to lektura lekka i przyjemna. Powiedziałabym, że raczej mocno dołująca. Ale ten język i styl ..... miodzio!!!! Ciągle nie mogę uwierzyć, że autor nie ma jeszcze "trzydziestki na karku".

Tymczasem pozdrawiam gorąco. Przesyłam spóźnione acz najszczersze życzenia z okazji  Światowego Dnia Książki". Tym razem byłam dzielna i nie dałam się sprowokować - książek nie kupowałam ...... i wiecie co ......... teraz strasznie żałuję :-( W następnym roku już nie popełnię tego błędu :-)

PS. Tak sobie patrzę na tego mojego bloga i myślę, że pora najwyższa zmienić mu ubranko. Obecne - zimowe, nijak nie pasuje do świata za oknem. Chyba zgodzicie się ze mną.  

21:25, rr-odkowa
Link Komentarze (12) »
niedziela, 08 marca 2009

 

Ostatnie trzy dni spędziłam w domu. wszystko przez ten koniec zimy. Zawsze tak jest ... katar, ból gardła i inne atrakcje. Na szczęście są też plusy takiej sytuacji. Leżenie pod kocykiem z fajną książką może uprzyjemnić każdą walkę z wirusami ;-)

Oczywiście w sytuacji, kiedy ma się wrażenie, że mózg wypływa wraz z katarem, nie powinno się czytać dzieł ambitnych i tzw. "trudnych". W takiej sytuacji należy zaopatrzyć się w lekturę miłą i lekką, z nieskomplikowaną fabułą. Taka właśnie jest książka Emily Giffin "Coś pożyczonego". Jest to opowieść o Rachel - 30-letniej prawniczce z Nowego Jorku, która po swoim przyjęciu urodzinowym spędziła noc z Dexem, narzeczonym swojej najlepszej przyjaciółki Darcy. Początkowo  wmawia sobie, że to nic nie znacząca przygoda, ot głupia wpadka. Czy tak jest w istocie? Chyba nie do końca. Dex zaczyna okazywać Rachel coraz większe zainteresowanie, ona czeka na jego telefony i smsy. I tak zaczyna się romans tych dwojga, o którym Darcy rzecz jasna nie ma pojęcia. Acha, tylko w tej książce to nieświadoma niczego przyszła panna młoda jest tą złą. Powiem szczerze, gdybym miała mieć taką przyjaciółkę to ...... Nie! Nawet nie potrafię sobie wyobrazić żebym mogła przyjaźnić się z osobą tak egocentryczną i traktującą innych jak tło. Dlatego w tych okolicznościach nawet przez chwilę nie było mi szkoda Darcy. Bardzo kibicowałam Rachel i Dexowi i chciałam żeby im się udało. Czy tak się stało?

"Coś pożyczonego" naprawdę mi się podobało. Jest to książka napisana zwyczajnym, współczesnym językiem z ciekawymi, dobrze naszkicowanymi postaciami. Jest bardzo wciągająca i choć lekka to wcale nie jest ani głupia, ani zbyt banalna. Wyobrażam sobie, że taką książkę świetnie się czyta latem na plaży albo po męczącym dniu w pracy .... albo tak jak ja czytałam ... w trakcie choroby. 

09:52, rr-odkowa
Link Komentarze (1) »
czwartek, 05 marca 2009

 

Już dawno nie bawiłam się tak świetnie przy żadnej książce. "Trzech panów w łódce (nie licząc psa)" to lektura naprawdę przezabawna. Opowiada, jak zresztą tytuł wskazuje, o wyprawie trójki przyjaciół (i psa Montmorenc`ego) w dół Tamizy - z Kingston do Londynu. Ale opis wyprawy to jedno, a liczne dygresje to drugie. I obie są równie genialne. 

Pomysł wyprawy rodzi się dość spontanicznie. Panowie utyskują na przeróżne, wyimaginowane, dolegliwości. Jeden z nich po wnikliwej analizie jakiegoś leksykonu medycznego dochodzi nawet do wniosku, że cierpi na wszystkie wymienione choroby za wyjątkiem puchliny kolan, gdyż ta choroba dotyka głównie służące, "jesli za dużo klęczą". W celu podreperowania zdrowia postanawiają zorganizować sobie wycieczkę. Okazuje się jednak, że planowanie wycieczki wcale takim prostym zabiegiem nie jest. Trzeba przecież zapakować tylko to co najpotrzebniejsze, a jednocześnie o niczym nie zapomnieć, zaplanować trasę i noclegi. W końcu udaje się wyruszyć, co prawda z kilkugodzinnym opóźnieniem, ale jednak. Panowie są kompletnie niezdyscyplinowani - momentami do złudzenia przypominają Mikołajka i jego przyjaciół, którzy to wszystkie spory załawiali małą bójką. Ci natomiast ciągle się spierają i kłócą. Aczkolwiek te spory i swady są zupełnie niegroźne. Ot, dorośli mali chłopcy.

Świetnie bawiłam się przy lekturze tej książki. Poczucie humoru i styl w jakim została napisana nie mają sobie równych - tu wielki ukłon dla autora. Skończyło się na tym, że książka przestała jeździć ze mną do pracy, bo głupio tak śmiać się do siebie o 7.00 rano w autobusie, w ktorym towarzystwo nijak nie podziela mojego poczucia humoru. Nie mogę się powstrzymać, żeby nie przytoczyć tu kilka świetnych fragmentów, które być może zachęcą kogoś do lektury.

"Wówczas pomyśleliśmy o kolacji (….), ale Jerzy zaprotestował: — (…)  Po pracy — mówił — zasiądziemy do kolacji z czystym sumieniem i swobodną głową. Nikomu z nas nawet się nie śniło, że rozpięcie płachty może wymagać tyle zachodu. W teorii wyglądało to niezwykle prosto. Bierze się pięć żelaznych kabłąków, podobnych do bramek używanych przy grze w krokieta, tylko znacznie większych, umocowuje się te kabłąki nad łodzią, potem rozpościera się na nich płótno i przywiązuje na dole. Trwa to wszystko dziesięć minut. Tak nam się zdawało. Nie doceniliśmy zadania, jakie stało przed nami. Podnieśliśmy żelazne pałąki i usiłowaliśmy wepchnąć ich końce w gniazda służące do tego celu. Trudno uwierzyć, że jest to praca niebezpieczna, a jednak gdy dziś spoglądam wstecz, dziw mnie bierze, że ktoś spośród nas uszedł z życiem i może dać świadectwo prawdzie. Bo nie pałąki to były, lecz szatany. Najpierw w ogóle nie chciały wleźć do swoich gniazdek i musieliśmy rzucać się na nie, kopać i tłuc je bosakiem. A kiedy wlazły, wyszło na jaw, że się wpakowały w nie swoje gniazda i muszą się stamtąd wynosić. Ale nie chciały wyłazić i dopiero kiedy my dwaj wzięliśmy się do nich, po pięciominutowej walce nagle wyskoczyły i rzuciły się na nas — chciały nas wrzucić do wody i utopić...."

"Spróbowaliśmy wody z rzeki kiedy indziej i nie ma czym się chwalić. (…) Skręciliśmy w odnogę, aby zjeść podwieczorek pod Windsorem. Dzban był pusty i mieliśmy do wyboru: nie pić herbaty lub zaczerpnąć wody z rzeki. Harris radził zaryzykować. Nic nam nie będzie, jeśli wodę się przegotuje. Zapewniał, że wrzątek zabije wszelkie szkodliwe mikroby. Napełniliśmy więc kociołek wodą z odnogi Tamizy i zagotowaliśmy, pilnie bacząc przy tym, by woda zakipiała. Zaparzyliśmy herbatę i już rozsiedliśmy się wygodnie do podwieczorku, gdy Jerzy, z filiżanką w pół drogi do ust, nagle zatrzymał się i zawołał: — A to co? — Jakie „to”? — zapytał Harris i ja. — No, to! — odparł Jerzy patrząc na zachód. Harris i ja spojrzeliśmy w tym kierunku i zobaczyliśmy unoszonego przez leniwy nurt w naszą stronę — psa. Był to chyba najbardziej spokojny i potulny kundel, jakiego widziałem w swym życiu. Nigdy nie spotkałem psa, który by wyglądał na bardziej zadowolonego i wolnego od trosk. Rozmarzony, płynął na grzbiecie, a wszystkie cztery nogi zadarł w górę, prosto jak strzelił. Był wypasiony i miał dobrze rozwiniętą klatkę piersiową. Zbliżał się tedy ku nam, pogodny, pełen spokoju i dostojeństwa. Gdy zrównał się z naszą łódką, zawinął do przystani w sitowiu i wygodnie ułożył się na spoczynek. Jerzy powiedział, że nie będzie pił herbaty, i wylał ją do wody. Harris, któremu też nie chciało się pić, poszedł za jego przykładem. Ja wychyliłem pół filiżanki, lecz pożałowałem. Zapytałem Jerzego, czy uważa, że mogę dostać tyfusu. — Ale skąd! — odparł. — Na pewno się wymigasz. A zresztą, co tu dużo mówić, za jakieś dwa tygodnie dowiesz się, czy wóz, czy przewóz."

"Zauważyliśmy, że Harris ma nad wyraz smętną minę. Robił wrażenie człowieka, który wiele przeszedł. Zapytaliśmy go, czy coś się stało. — Łabędzie! — powiedział. Widocznie przycumowaliśmy łódź do brzegu tuż przy gnieździe łabędzi, bo w chwilę po naszym odejściu łabędzica wróciła do domu i zrobiła Harrisowi awanturę. Wyrzucił ją za drzwi. Poszła i po chwili wróciła z mężem. Harris zapewniał, że musiał stoczyć regularną bitwę z obojgiem małżonków. Ostatecznie męstwo i zręczność przeważyły szalę zwycięstwa — Harris zmusił łabędzie do odwrotu. W pół godziny później wróciły z osiemnastu przyjaciółmi! Rozgorzała straszliwa bitwa — tak przynajmniej wynikało z jego trochę niejasnej relacji. Łabędzie chciały wyciągnąć Harrisa i Montmorency'ego z łódki i utopić. Harris przez cztery godziny bohatersko się bronił. Wytłukł je do nogi, odpłynęły w dal i tam pozdychały."

17:32, rr-odkowa
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 02 marca 2009

 

Od kilku dniu zabieram się do tego postu i ciągle nie ułożyłam sobie w głowie tego co chciałam napisać. Przeczytałam "Gdybym ci kiedyś powiedziała" Judy Budnitz. Nie była to lektura przyjemna. O nie! Ale na pewno była to lektura bardzo dobra. Nie wiem do końca czy jest ona tym czego szukam w literaturze. Macie tak czasami?? Na pewno zapamiętam ją na długo, bo nie sposób o tej książce zapomnieć, czy pomylić z inną. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wyobraźnia autorki jest nieprzebrana i nijak ma się do mojej. Czytając "Gdybym ci kiedyś powiedziała" miałam wrażenie, że oglądam świat przez szklankę z wodą. Wiecie jak widać przez taką szklankę? Pewne elementy są przesadnie duże, inne malutkie, zatraca się właściwa perspektywa. Tak było w przypadku tej książki. Zupełnie realne elementy przeplatają się z tymi zupełnie magicznymi....... Choć nie wiem czy słowo "magiczne" oddaje istotę tego co zawiera ta książka. Jeśli już to była to raczej "czarna magia" ;-) Dużo tu mroku, grozy, duchoty i ciemnych barw. 

Chyba ta ciemna tonacja sprawiła, że ta książka wywoływała u mnie dreszcze, a momentami obrzydzenie. A mimo to było w niej coś hiponotyzującego, co nie pozwalało mi rzucić tej książki w kąt. 

Chciałam napisać parę słów o akcji, ale nie zrobię tego, bo jeśli nawet powiem, że jest to opowieść o losach czterech spokrewnionych ze sobą kobiet: Ilany, Sashie, Mary i Nomi, to nie oddam nawet 20% treści. Nie o fabułę bowiem tu chodzi. Ona jest tylko pretekstem to snucia opowieści o złożoności kobiecej psychiki. Ja przynajmniej tak odebrałam tę książkę. 

 

20:03, rr-odkowa
Link Komentarze (8) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
O autorze
Zakładki:
Przeczytane w 2010 roku
Aktualnie czytam
Napisz do mnie
Przeczytane w 2009 roku
Przeczytane w 2008 roku
Szablon bloga wybrany z katalogu
Tu zaglądam
Ulubione blogi książkowe
Ulubione blogi różne
Spis moli